Aktualności i informacje

Australian Open 2017 – nie tak miało być…

22 stycznia 2017

Agnieszka Radwańska zawsze dobrze czuła się na kortach w Melbourne. Nic więc dziwnego, że wiele osób największe szanse na zdobycie tytułu wielkoszlemowego widzi właśnie w Australian Open. Początek tego roku w wykonaniu Agnieszki obfitował w niespodzianki, ale chyba nikt nie spodziewał się tego, co wydarzy się podczas pierwszego w sezonie turnieju najwyższej rangi.

Po finale w Sydney spodziewano się, że Agnieszka poradzi sobie z turniejową drabinką i dotrze co najmniej do półfinału, gdzie prawdopodobną rywalką miała być Serena Williams. Najbardziej (aż do półfinału) obawiano się pierwszego meczu z Tsvetaną Pironkovą. Dlaczego? Ciężko zapomnieć to, co wydarzyło się podczas Roland Garros 2016, gdy Agnieszka prowadziła 6:2, 3:0, by przegrać w 6:2, 3:6, 3:6 po deszczowych powikłaniach.

Rozpoczęcie Australian Open meczem z Pironkovą? Powody do obaw w pełni uzasadnione. Organizatorzy turnieju dodali smaczku całej sytuacji planując mecz Agnieszki z Bułgarką jako główny mecz w sesji wieczornej na Rod Laver Arena. Radwańska w pierwszym secie totalnie dominowała i nie pozwoliła Tsvetanie przejąć inicjatywy. Pironkova grała długimi, niezbyt mocnymi piłkami pod samą linię, próbując nie dopuścić Agnieszki do gry przy siatce. Aga świetnie poradziła sobie z przeciwniczką i konsekwentnie, spokojnie grała swój tenis.

W drugim secie Isia chyba straciła koncentrację z powodu łatwo wygranego pierwszego seta. Bułgarka miała szansę prowadzić 3:0, ale Agnieszce udało się odrobić straty. Mogliśmy zobaczyć kilka efektownych akcji, w tym naprawdę godnego zachwytów tzw. hot doga w wykonaniu Agi. Gra Pironkovej stała się bardziej agresywna, popełniała mniej błędów i zapisała drugiego seta na swoim koncie.

Można było przypuszczać, że w trzecim secie będziemy przeżywać tzw. tenisowe zawały, ale… wszystko wróciło do normy z pierwszego seta. Agnieszka wróciła do swojej gry, kontrolowała przebieg wydarzeń na korcie od pierwszej do ostatniej piłki. Podobnie, jak w pierwszej odsłonie, nasza tenisistka nie pozwoliła odebrać sobie inicjatywy, mieszała grę – skróty, slajsy, loby. Spotkanie Isia zakończyła asem i wynikiem 6:1, 4:6, 6:1.


 

W drugiej rundzie na Agnieszkę czekała Chorwatka Mirjana Lucić-Baroni. Swoje refleksje po tym meczu w gronie Fan Clubu przedstawiła Olimpia Dudek z FC:

“Nie był to miły dla fana Agi mecz. Ogólnie to tego meczu obawiałam się najbardziej i zlewałam strachy na lachy, że najgorsza to Pironkova, a potem będzie z górki. Łatwo się pamięta wyłącznie wygrane lub ostatnie porażki – tu wielu pamiętało przegraną, dość niefartowną, Agi z Pironkova na Roland Garros.
Natomiast bilans meczów z Lucić-Baroni uspokajał – 2:0. Ale nie mnie. Oba te mecze zostały przerwane niedyspozycją fizyczną Chorwatki i aura niepewności co do wytrzymałości ostrzału takiej tenisistki jak Lucić-Baroni pozostawała tajemnicą.

Do przegranej na Australian Open swoje cegiełki niestety dołożyła też Agnieszka. Po pierwsze – serwis. Był słabszy niż zazwyczaj, a bez tego nie ma co podejmować walki z agresywnymi rywalkami. Z pozycji defensorki trzeba uczepić się wygrywania własnych gemów serwisowych i czekać cierpliwie na lekką niedyspozycję przeciwniczki. Ale serwis nie działał, szczególnie w kluczowych momentach. To ostatecznie zdecydowało o przegranej.

Pozostałe czynniki to brak taktyki. Widziałam wcześniej mecz Strycovej i Petkovic i bałam się, że Niemka rozstrzela miękko uderzającą Czeszkę. Ale Barbora korzystała na błędach Petkovic + wdrożyła w życie prostą taktykę – rzucania wysokich piłek tuż pod linię końcową, z których Petkovic wiele nie mogła zrobić albo po prostu wyrzucała na aut.
Przy Lucić-Baroni zabrakło czegoś takiego – widziałam tam kilka piłek rzuconych pod linię końcową, gdy Chorwatka musiała się cofnąć i tym samym traciła przewagę ofensywy. Do tego psuła piłki przy siatce, ale Aga też nie korzystała ze skracania gry.

 

Lucić Baroni vs Aga Radwańska

fot. Mark Kolbe

Oczywiście, by totalnie nie krytykować Agnieszki, to łatwo powiedzieć z pozycji “kanapowca” – zrób to, zrób tamto. Możliwe, że Agnieszka nie miała siły odeprzeć ataków Baroni i nie było jak skorzystać z okazji, by posłać jej długie piłki lub zaprosić do siatki. Czasem ataki strzelającej niszczą wszelki zamysł taktyki i chęć walki. Adze chęć walki odeszła w dwóch ostatnich gemach – każdy chyba widział jak wzruszyła ramionami pokazując, że nie ma sposobu na rywalkę.

Ogólnie: to był jeden ze słabszych meczów Agnieszki. Zdarza się. Szczególnie, gdy ciężko rozbroić agresorkę.”

Przegrana Agnieszki 3:6, 2:6 z Mirjaną Lucić-Baroni zabolała nas wszystkich, bo choć spodziewaliśmy się trudnego meczu to nie spodziewaliśmy się, że Agnieszka nie będzie w stanie postawić się przeciwniczce. Jednak na Australian Open świat się nie kończy i nie kończy się sezon 2017!

Trzeba iść dalej, przemyśleć, pozbierać się i podnieść głowę do góry i dalej iść w stronę marzeń.

Dopóki piłka w grze, dopóki Agnieszka trzyma rakietę w dłoni – trzeba walczyć i dążyć do kolejnych zwycięstw. Porażki będą się pojawiać, to normalne w sporcie, ale trzeba znaleźć sposób, by było ich jak najmniej.

My, ludzie z FC, niezależnie od wszystkiego, cały czas trzymamy za Agnieszkę kciuki i wierzymy, że przyjdzie dzień, w którym Aga spełni swoje marzenie o tytule wielkoszlemowym. Teraz najważniejsze to otrząsnąć się po porażce i wrócić do gry z nową energią, z motywacją i wiarą w to, że można wygrywać i że w tym sezonie można jeszcze wiele osiągnąć, bo przecież sezon dopiero się rozpoczął!

Aga – jesteśmy z Tobą!

Autor tekstu: Agnieszka Bartoszewska, z wykorzystaniem wypowiedzi Olimpii Dudek